dies-irae blog

Twój nowy blog

Przeprosiłam się z produktami sektora bankowego. Internet ułatwia realizację głupich pomysłów od ręki. Od myśli nieśmiałej do wysłania wniosku o kredyt odnawialny minęla jakaś chwilka. Wczoraj wezwano mnie do banku na podpisanie wniosku i poleciał do stolicy, gdzie szacowni analitycy będa tracic czas na rozpatrywanie tych drobnych dla mnie. A raczej drobnych dla nich posłanych na moje konto. Wg mojej teorii wyglądać to ma tak: nim zapętlę się i pensja będzie akurat pokrywała debet zacznę zarabiac więcej. Jak wiadomo teoria nie zawsze idzie w parze z praktyką, ale dni są dłuższe, lato nadchodzi, martwić się będę jesienią. Jedno mnie martwi – wg ich przelicznika płacę jakąś bajońską sumę hipotecznego, jak mi pani w banku powiedziała ile płacę to wybuchnęłam śmiechem, bo nawet w czasach paskudnego kursu franka tyle nie płaciłam, co dopiero teraz, ale mam nadzieję, że szanowna Warszawa uwzględni jednak, ze historia ma piękna i terminowa.
A ostatnio szczęście się do mnie usmiecha – miesiąc temu miałam taka nadpłatę prądu, że rachunek wynosił 0 zł. W tym miesiącu decyzja o niepłaceniu mieszkania była trafiona, bo wg rozliczenia mam nadpłatę.
Wczoraj w pracy paskudny dzień, byłam tak wściekła, że udało mi się poryczeć ze złości – muszę chyba pomyśleć o urlopie nim pozabijam wszystkich i zamiast awansu dostanę po tyłku. Zadzwoniłam o A. ledwo zipiąc ze złości i tak wyszło, że zamiast do domu pojechałam do niej po drodze robiąc zakupy, do domu nie trafiłam, zamiast domu był miły wieczór w babskim gronie, długie nocne polaków rozmowy, wino, dobre jedzonko, pełno smiechu. I z pozytywnym kopem zostałam wypchnięta w nowy dzień, nowy piękny i słoneczny dzień. Z racji różnych godzin pracy miałam czas na sniadanie w ogródku Icafe. Tosty, espresso, promienie słońca. Dawno tak długo nie piłam kawy, poczułam się jak w HR gdzie wolno popijałam kawy i przyglądałam się tłumowi ludzi leniwie pełznących ulicami.
Pan B. się odezwał. Załatwił mi 3 zaproszenia do opery. W ciągu godziny musiałam zwerbować kogoś chętnego. A. pojechała do Wawy, K. dostała anginy, wreszcie padło na M. i Mamę. Dziwna to była rozmowa. Chce iść? Chce. to podaj mi nazwiska osób na zaproszenie. I koniec rozmowy. Kurtuazyjnie podziękowałam i zatopiłam się w rozmyślaniach gdzie tkwi haczyk. Dojścia nie zdradził, jego tajemnica, czyli pewno i tam jakąś laskę bzyka/bzykał/bzykać będzie.
A może postanowił w jednym miejscu zgromadzić swoje obecne, przeszłe i przyszłe kochanki? Szatański koncept uknuty z „tajemniczym dojściem”  pod płaszczykiem wydarzenia kulturalnego odbędzie się wielka parada kochanek. Defilada kochanek. Kochanki się ufryzują, ubiorą elegancko, umalują odświętnie. Wszystkie jak jeden mąż. Ciało w ciało, włos w włos, usta w usta, pierś w pierś, udo w udo, szpilka w szpilkę. Ustawimy się wszystkie grzecznie w kolejce do kasy po odbiór zaproszeń, potem przedefilujemy holem, cały rządek zadowolonych szczebioczacych kochanek z osobami towarzyszącymi, potem może będziemy siedziały w jednym rzędzie przedzielone osobami towarzyszacymi. Opera kochanek obejrzy spektakl. Będzie wzdychać i klaskać, zachwycać się lub ziewać. Potem grzecznie wstanie, uda się do szatni i nastąpi wymarsz. A na koniec wszystkie zalejemy go błyskotliwymi przemyśleniami i podziękowaniami za UDAny wieczór.

Wściekłość antybiotyczna uświadomiła mi, że w 1 z prac cierpię na chroniczny syndrom burnout. Smutne to, bo lubię tę pracę. Bardzo lubię, jeno motywacji już brak, wyzwań brak, nowych możliwości, tego uczucia podniecenia gdy dostaje się zadanie rodem z piekła, o którym nie wie się nic i trzeba mu sprostać, a ja tak nie umiem. Rutyna. Zeskanuj dokument. Prześlij info. Zrób aktualizację. Pójdź do urzędu. I kipię cała, i dusze się w sobie, i całe moje jestestwo się buntuje, że mnie nie wykorzystują, że nawet 1/10 moich możliwości nie jest aktywna, że albo coś się zmieni, albo wyfruwam.
Wściekłość antybiotyczna usiadła i napisała śliczne CV wersja nowa, zamieściła je już na 3 portalach i czeka. Potrzebny kolejny napad wścieklicy, bo dopisać równie ładne LMy i je rozesłać wraz z CV.
A dziś dwie miłe informacje. Dostałam się na kolejną podyplomówkę. I nie wiem, nie wiem czy napewno chcę by mi praca współfinansowała, z drugiej strony jakby co zawsze można oddać kasę i pomachać łapką. Muszę papiery zebrać i dostarczyć. Przy okazji zastanawiam sie, czy nie wysłac tych elemów z siwikami na nizsze stanowisko, ale w tej branży i juz się przyglądać, szkolić, a czuję podskórnie, że dobra w tym będę.
Druga wieść, dostałam podsumowanie ankiet wypełnionych przez studentów – średnia ocen między celujący a bardzo dobry. Jej Wysokość Zajebistość kłania się Państwu w pas i raczy się cytrynówką. Ankiety dobrowolne, anonimowe, nawet kilku osobom chciało się prócz ocen skrobnąć coś od siebie. Dawno nie czułam takiej radości i satysfakcji. To bardzo miłe, gdy ktoś uzna, doceni, pochwali to w co tyle serca, wysiłku, nocy zarwanych się wsadziło. Przez chwilę zrobiło mi się smutno, że to już tylko kilka zajęć i wyfruwam z tamtego miejsca w kierunku bliżej nie określonym, z podpórką pracy pierwszej.
A teraz idę robić przeszpiegi z kim studiowac będę – pani w sekretariacie wlepiła wszystkie adresy w 1 maila. Panna dies szpieg wkracza do akcji. I oczywiście tylko 2 facetów.
Tylko najpierw dolewka cytrynówki.

211

1 komentarz

Parę dni przełaziłam z zapalaniem paskudnym. Do lekarza nie po drodze oj nie, dnia entego gdy biegnąc do pracy zakręciło mi się w głowie i się rozpłakałam, że nie mam siły kroku dalej zrobić zadzwoniłam, że ja dziś nie idę, że ja nie mogę, że ja idę do lekarza. Niecałą godzinę później oświadczyłam w przychodni z miną groźną acz lewo żywą, że jestem nagłym przypadkiem, ku mojemu zdziwieniu za pół godziny przyjęla mnie zaspana lekarka z kubkiem kawy, wzrokiem mętnym, trwałą przechodzoną i powierzchownością rozgniecionej pasztetowej. Minęło kolejne pół godziny a ja z nosem w ulotce antybiotyku jechałam do pracy. Czy to już prachoholizm, wszak dzien wolny miałam, ale nie lubię w domu siedzieć, puste ściany mnie przedrzeźniają.
Antybiotyk istne cudo leczy wszystko co Państwo chcą – pierwsze z brzegu to wąglik, rzeżączka, mukowiscydoza, ale także i zatoki. Ze skutków ubocznych oprócz możliwości uszkodzenia wszystkich organów wewnętrznych wywołuje też depresję i samobójstwa. Fakt skuteczny, brzuch przestał boleć – kocham pytanie – a w ciąży Pani nie jest? – nie, nie jest [ a jak jest to nie chce o tym wiedzieć], ale że nic w przyrodzie nie ginie wraz z odejściem bólu brzucha pojawiła się wściekłość napadowa połączona z ledwo co kontrolowanymi chęciami wybuchnięcia płaczem. Wściekłość gotuje mi mózg, a płacz tkwi w gardle i dalej drania nie puszczam. Czuję się jak wariat absolutny, wzglęnie jak odbezpieczony granat.
Mój pracoholizm i miłość do pracy odpłaciła mi się dziś stukrotnie opierdolem pół żartem pół serio na dzień dobry.
- A nie miałaś być dziś wcześniej?
- No jak to przecież żartowałeś wczoraj – wypaliłam znad laptopa, którego zawsze jeszcze w płaszczu właczam w przelocie po kubek z kawą i szklankę wody
- jesteś dziś nawet później niż ja, a rzadko Ci się to zdarza
- no przecież zaczynam dzis o 11 – mówiąc to popatrzyłąm na wielki, wredny zegar wskazujący złośliwie i nazbyt wyraźnie 11.12, już w tym momencie pożałowałam swoich słów
- tak?????? a ktora mamy, czyz nie 10 po?
- no, yyy, ee wiesz ta komunikacja, no wszystko się spóźnia, rozkładowo powinnam być za 4, a tu no nie moja wina – czułam jak z każdym zdaniem pogrążam się i brnę dalej nie wiadomo dokąd, ale napewno nie tam gdzie trzeba było, trzeba było powiedzieć przepraszam i się zamknąć, ale ja i przepraszam?
- a co mnie to obchodzi?
- no tak, tak napisze skargę na komunikacje. – tak to był kretyński, żałosny żart finalny, przed ucieczka po kubek z kawą, z którym schowałam się za laptopem i starałam nie pokazywać przez najbliższą godzinę.
No ale fakt faktem kiedyś musiało wyjść na jaw, że przychodzę do pracy 15 minut po czasie, że czasem wychodze godzinę po to już nikogo nie obchodzi. Od jutra trzeba zmienić godziny odjazdów, trzeba wcześniej wstać. Jak się pieprzy to na całej linii.
Pan B. dziś mnie minął, zasuwał z jakąś laską i pomachał mi łaskawie – nie dziwię się też bym pomachała tak wyglądającej koleżance. Narcyz pieprzony. Ba, nawet zadzwonił, oświadczyć, że kozaki rewelacyjne. Jako, że romowę poprowadził bardziej niż ja wkurw całodzienny połączony z antybiotykiem i jak by tego było mało nadchodzącym znp [oby] usłyszał:
-tylko po to dzwonisz?
- yyy no tak
- to rzeczywście zrobiłam wrażenie -
- yyy noo tak, wiesz idę na spacer [ chyba musiał ratowac sytuację pozorując ciekawą rozmowe przy koleżance, hehe]
- to miłego spaceru. cześć.
- cześć

Antybiotyk kończę w sobotę – o 18, potem impreza, otwarcie klubu, jeśli nie wybuchnę do tego czasu względnie nie zostanę aresztowana za morderstwo mam zamiar dobrze się bawić.

Po udanych zakupach stan konta sprawdzałam znieczulona butelką wina. Należało mi się, już od miesięcy wracam ładnie do domku, dzielę finanse na kredyt pach, za mieszkanie pach, na angielski pach, na bilet pach. rach, ciach trach, a dla mnie? A dla mnie pstro. Za długo ten stan trwał, bym w tej wewnętrznej dyscyplinie wytrwała. Całkiem przypadkiem spotkałam się z Mam w galerii, no i całkiem przypadkiem weszłysmy do sklepu z butami i to wcale nie moja wina, że tam wszytsko było ładne, że, że, że. Wyszłam z 3 parami. Potem w celach czysto poznawczych poszłyśmy do H&M. No i to przecież nie moja wina, że były same okazje, że schudłam i zamiast jak zwykle wyglądać we wszystkim obrzydliwie, wyglądałam ładnie, no nie moja, a że decyzyjność to nie moja mocna strona, a szafa żałośnie skomli za każdym razem jak ją otwieram i mdli mnie od tego samego, no to całkiem przypadkiem rzecz jasna wslizgnęły mi się 4 pary spodni, kolczyki, bluzka i pasek. Przypadki jednak rządzą tym światem.
Opłatę mieszkaniową w tym miesiącu traktuję jako kredyt nieoprocentowany. Przeważnie zachowuję się poważnie, przeważnie. Dobrze, że nie posiadam cudów bankowych pt. karta kredytowa i debet na koncie. Zdecydowanie dobrze, bo takie samowolki mogłyby się częściej zdarzać.
Dwa dni temu zrobiłam test. A nawet dwa testy. Wysłałam Panu B. esa, jak zwykle, po kumpelsku – jestem w pobliżu, załatwiam sprawy, wyjdziesz na fajkę? Ot rutynowe spotkanie pięciominutowe, ile to ich wceśniej było? po chwili telefon piknął, a mnie zmroziło: jestem zawalony robotą, po za tym przed chwilą byłem. To chyba na tyle jeśli chodzi o temat relacji kumpelskich. Panu B. dziękujemu za uwagę. Wracając do domu kupiłam ten właściwy test. Jedna kreska i wyimaginowane bóle brzucha minęły jak ręką odjął.

209.

1 komentarz

z serii poważne dialogi biurowe o poranku:
Ja: ale zimno i do dupy, nawet bociany nas nie lubią
Pan K.:- nooo, ale bociany to może z powodu tej chmury wulkanicznej
- a co w śmigła im się wkręca??
- no nie, wiesz może w oczy je szczypie.
- [ z przebłyskiem geniuszu w oczach] ejjjj a może niech ekolodzy wyprodukują takie wiesz gogle, no okulary dla bocianów, zobacz jak to by gospodarkę nakręciło, ile osób by miało zatrudnienie.
- eee i tak zrobią je chinczycy, bo są tańsi.
- [z rezygnacją] ech polskie bociany w chińskich okularach w Afryce.

Obiecałam sobie chodzić wczesnie spać. Jak widać słowa dotrzymuje.
Obiecuje sobie nie palić znowu. Piszę to z fajką w zębach – jak zwykle
od jutra finito. Obiecałam sobie zakończyć zdrowy tryb życia wersja
alternatywna. No nie jest tak źle: dziś nie połakomiłam się na tortille
z maca, mimo, że chodzi za mną od tygodnia, zjadłam pyszne kiełki z
lucerny – wczorajsze zbiory, no i ćwiczyłam. Rozgrzeszam się z pół
paczki fajek, bo od jutra nic. Dostałam nowego zapału ćwiczeniowego, bo
stary juz słabł – w niedziele spotkałam się D. – nie widziała
mnie od sylwestra i z podziwu wyjść nie mogła. No cóż jakby nie ukrywać
jest mnie mniej o 6 cm tu i ówdzie no i ponad 6 kg. Kusi ten sukces by
osiąść na laurach, oj kusi, tym bardziej, że waga wreszcie w idealne
widełki wskoczyła :)
Zaskoczyła mnie niedziela majówkowa. Wyszłyśmy na imprezę. Odpicowane
jak szczurzyce na otwarcie kanału. Start w pubie, potem do klubu. Start
nam się udał, gorzej z rozwinięciem. Poszłyśmy do jednego klubu -
pustkami świecił. Udało mi się zaliczyć pusty parkiet, tak tak to był
szczyt desperacji pt.: bo ja tańczyć chcę. Nasza czwórka i do
zagospodarowania jak nic z 6 m2 na osobę.
Po godzinie decyzja zapadła
jednomyślnie: w nogi. Idziemy do lanserskiego B. – godzina przed
północą, majówka, poniedziałek wolny, a tu niespodzianka – zamknięte.

Ok, idziemy dalej, wchodzimy do kolejnego a tu pan z miotłą biega i
mówi, że zamykają, światła gaszą i dowidzenia.
Wylądowałyśmy w klubie,
o ile można to tak nazwać, gdzie średnia wieku wynosiła jakoś koło 20.
Koło oznacza niestety 20 w dół. Muzyka ok, parkiet zajęty przez
pryszczatych nastolatków i ich chude, anorektyczne, płaskie, że aż
ściany zazdroszczą towarzyszki. Towarzyszki w trampkach, dżinsach i
T-shirtach – w tym momencie pożałowałam spódniczki i szpilek. No ale
cóż dobra mina do złej gry, kolejne piwo i na parkiet. Czułam się jak
urzeczywistniona fantazja seksualna młodzieży pryszczatej. I
nieskromnie powiem, że pannice mogłyby się poduczyć kręcenia tyłkiem.
Było mówiąc oględnie śmiesznie. A. wyrwała 18 latka. A my jako loża szyderców popłakałyśmy się ze śmiechu widząc jak tańczą. Nastolatek był w niebo wzięty, A. powiedziała mu, wiesz bo ja chyba jestem z 10 lat od Ciebie starsza, na co on z zapałem wielkim – ależ nie, nie napewno. Tak? spytała A. to ile masz lat?
Młodzian z uśmiechem, przerywając taniec, bo hehe jak mówił, to się
zatrzymywał, nie umiało biedactwo ruszania buźką skoordynowac z
ruszaniem dupką – no 18. A. z niedowierzaniem – to ty nie masz jeszcze nawet matury? Nie miał, był 10 lat młodszy i szczęśliwy jak norka.
Do domu pełzłyśmy po trzeciej, A.
na bosaka ze szpilkami w dłoni. Po sylwestrowym tańcu na szkle i
pocięciu nóg nauczona na własnej, bolesnej głupocie pomysłu nie
podchwyciłam i dzielnie zasuwałam w szpilach prawie 10 cm. Na koniec
kebab i lulu.
I ja się tylko pytam nieśmiało – co z tą Polską? Gdzie są
ludzie? Czemu w majówkę, wszystko pustkami świeci? Wracając
wspominałyśmy w czwórkę południe Europy, gdzie takie sytuacje raczej nie do
pomyślenia. Ludzie się bawią, wylegają na ulice, oblegają knajpki. I
przypomniały mi się słowa naszej lektorki z czasów studiów: Wy
jesteście jacyś dziwni. Tu wszyscy umawiają się o 17, przeciez normalni
ludzie wychodzą z domu po 21 i się bawią, a wy w tych domach, co to za
kraj
. Wtedy patrzyłyśmy na nią jak na dziwoląga i to
pretensjonalnego, teraz przyznaję jej rację. Co to za kraj. Lub może co
to za miasto?
Został mi ostatni papieros. Wypalę go z należytą celebracją i koniec. tyle czasu nie paliłam, że wstyd znowu tak kopcić.

Widziałam dziś demota: Blondynka za kierownica jest gorsza niż 100 czarnych kotów, ale czasem jest też śmiesznie:
Jakiś czas temu jechałam z Panem K.. Pan K. jako osobnik płci odmiennej ;-) ma pewną niespotykaną dla tej maści osobników cechę: anielską cierpliwość dla koleżanki oswajającej się z ruchem ulicznym. Wjechaliśmy na jakąś górkę, zaparkowałam. Wracamy do autka, spokojnie przekręcam kluczyk, światła właczam, sprawdzam en razy czy o to już mogę ruszyć. Jadę zadowolona z siebie z górki, 1 zakręt, prosta i skrzyżowanie. spokojnie właczam kierunkowskaz. W tym momencie słyszę duszącego się od smiechu Pana K. i zdanie paraliżujące:
- M. a kiedy masz zamiar włączyć silnik?
Czasem Pan K. panikuje w najdziwniejszych momentach. Jadę sobie spokojnie drogą, przede mną kolumna zaparkowanych autobusów, już mam właczyć kierunkowskac i ominąć skubańców, gdy słyszę rozpaczliwy głos:
- M. on się nie porusza!
Chwile grozy też bywają. Jedziemy, Pan K. marudzi mi, że mam jechać szybciej ja się upieram, że jednak przepisowo będę jechała – czyli akurat 40, za mną kolumna aut i wkurwionych kierowców, obok mnie dwie ciągłe, przede mną masa zakrętów. Pan K. marudzi, ten za mną siedzi mi na ogonie, ja się coraz bardziej gotuję. Minęlam zakręty, droga nieznana, nadepnęlam na gaz, przede mną zakręt. Przejechałam kątem oka widzę, że Pan K. pobladł i wyszeptał:
- A teraz zatrzymaj się przy tym sklepie, cukier mi spadł, musze się napić, zjeść coś słodkiego i zapalić.
Patrzę na niego nic nie rozumiejąc, w końcu marudzil, żebym nadepnęła na gaz. Pan K. kontynuuje:
- … to był akurat ostry zakręt i nawet ja w niego nie wchodzę z taką prędkością.

206.

Brak komentarzy

Spotkałam się dziś z K.. Ostoja rozsądku. Pan B.
przechodził, oczywiście tradycyjnie mnie nie widział, ale i nie mógł za
bardzo, za to został obejrzany, przeanalizowany, oceniony i
skrytykowany.
Rozpieszczony przez milion kobiet bubek i tyle, nie lubię go z charakteru
.
Werdykt zapadł i jest prawdziwy. Im dalej w las, a raczej w piwo do
obiadu tym śmieszniej się robiło, tak, tak temat niepokojącego bólu w
brzuchu może być bardzo śmieszny. zawsze lubiłam czarny humor.
Szczególnie z serii: może zapytaj się czy lubi dzieci. Swoją
drogą ciekawy jest ten irracjonalny, każdorazowy strach. Dostaje się
mdłości już pierwszego dnia, brzuch boli ilekroć człowiek pomyśli, że
ma brzuch, a po tygodniu widać już, że jest z pięć razy większy,
psychika płata figle.
Powiedz mi jak Ty to robisz, że wplątujesz się zawsze w takie dziwne sytuacje?

Chwilę potem widzę uśmiech w oczach i czające się zdanie,
No powiedz, powiedz, ponabijaj się jeszcze póki możesz
.
Hmm, bo wiesz przypomniała mi się taka pani, bridget johnes się
nazywała. Tylko ty w sumie umiesz gotować, masz realnego owczarka sztuk
jeden, no i nie jesteś okrągła
.
Od jutra notki będą się zaczynały odliczaniem jednostek nikotynowych,
alkoholowych. Ech, a pomyśleć, że to kiedyś wymyślił Witkacy podpisując
swoje obrazy, ale kto by teraz pamiętał o Witkacym?
Swoją drogą K. jest jedyną, która rzekła dość, dość, Pani jednak trochę pomyśli nad swoim zachowaniem. Tak analizując reakcje przyjaciółek mężatek większość z wypiekami słuchała popierając, pytając kiedy ciąg dalszy.
Na korkach u W. było najśmieszniej zamiast lekcji i nudnych frazali był mój spiking i jej [tekst by K.] luking ;-) W pewnym momencie  W. wypaliła: i jak skończył? zachłysnęłam się kawą i wlepiłam w nią oczy jak stado cieląt w malowane wrota. W. spadając prawie z krzesła ze śmiechu tylko powiedziała, oj głodnemu chleb na myśli, a ja tylko pytałam o to jak się to skończyło, o poranek. Taka typowa kobieca rozmowa przy kawie o 9 rano.
Tak trochę czuję się w tym świecie poukładanych małżeństw, dzieci, obiadów jakby moje przyjście poprzedzał afisz: cyrk przyjechał, a moje życie stawało się jakimś big brotherem,
śledzonym z wypiekami na twarzy. Co zrobi główna bohaterka? Jaki
kolejny kretyn trafi się na speeddates? na sympatii i innej sratatatji?
Jakiego byłego wyciągnie z rękawa? Panowie i Panie typujemy.
Ostatnio piłyśmy grzane wino z M. na tarasie knajpki udając, że już wiosna i nie wieje. M. skończyła opowieść o kryzysie w małżeństwie, ja zaczęłam o kryzysie w niemałżeństwie. Na koniec usłyszałam:
jak ja Ci zazdroszczę tej wolności, tych poszukiwań, prób, braku
zobowiązań, owszem jest ok, dziecko jest czyms wspaniałym, ale czasem
chciałabym móc być nieodpowiedzialna, powiedziec pierdolę nie wstaję, a
już się nie da
. Skwitowałam to w jedyny, słuszny sposób: jak ja Ci zazdroszczę tych zobowiązań, braku wolności, stałości, braku prób i poszukiwań. I tak już jest. A.
ostanio zamieniła źródło madrości życiowej czerpanej z poradników na
źródło mądrości życiowej czerpanej z przysłów [tyle pokoleń nie moze
się mylić], dostosowując sie do tego powiem krótko: trawa w ogródku sąsiada jest zawsze bardziej zielona &  wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

205.

Brak komentarzy

Nie mogę spać.
Ta sytuacja mnie jednak przerosła. Dziś pierwszy raz rozmawialiśmy po tym wszystkim. Jesteśmy kumplami, tak jak byliśmy, nic jednak się nie popsuło.
Tylko mnie mdli. Mdli mnie od tej sytuacji, od tych zakamarków psychiki, które się ujawniają. Od myśli, których nie chcę znać, a przychodzą, od motyli w żołąku, które nie wiem co oznaczają, bo o miłości tu mowy nie ma. No i mdli mnie ze strachu, stara obsesja ciąży się ujawnia. Za każdym razem ten sam stres mimo, że nie ma czego się bać – w każdym razie wg zasad matematyki biologicznej prawdopodobieństwo znikome.
Jeszcze 4 dni temu święcie pewna swoich słów pisałam, że nadszeł czas spełnienia w głupocie, że mogę czekać i wieczność na tego jedynego. Jeszcze 3 dni temu, gdy nie poznał mnie przechodząc czułam gniew i nienawiść. Dziś całe to qui pro quo zostało wyjaśnione. Czy uwierzyłam? Oczywiście, że tak. Tak, bo ta wersja bardziej mi odpowiada, tak bo zbyt zdziwiony był zarzutami, żebym nie uwierzyła. swoją drogą niezłe masz o mnie zdanie, wiem, jaki byłem kiedyś, ale nie mamy już 14 lat, przecież jesteśmy kumplami, kumple tak nie postępują, znasz mnie tyle lat, wariatko. Ulga. Tak to lepsza wersja niż zostanie przelecianą na wszelkie sposoby, dopisaną do listy dziesiątek innych i unikaną jak przez diabła woda święta.
Jeszcze 4 dni temu miałam wiele mądrych myśli w głowie i zasypiałam spokojnie. Ale 4 dni to wieczność. Dwa dni temu też to czułam, ale się nie przyznawałam, a dziś nie mam siły się oszukiwać dłużej. Wiem, że gdyby tylko chciał mnie znowu to miałby mnie  na pierwsze skinienie. Gotowa byłabym oddać mu wszystko za odrobinę czułości. Oczywiście odgrywając teatrzyk kokieterii i udawanej niedostępności.
Tamtej nocy spuściłam ze smyczy demony, tamtej nocy nie osiągnęłam spełnienia w głupocie, tamtej nocy otworzyłam bramę, przekroczyłam jakiś magiczny, pieprzony próg do nikąd.
To piekielnie smutne, z ilu rzeczy kobieta może zrezygnować, gdy desperacja bierze górę nad rozsądkiem, gdy pragnienie bliskości kogokolwiek jest tak palące, że nie daje spać, wyciska kolejne łzy wylewane w brzuch pluszaka. To piekielnie smutne, gdy kobieta bądź co bądź bliżej 30 niż 25 zasypia wtulona w pluszaka.
Pisałam, że chciałam iść do spowiedzi, już nie chcę. Chcę resetu, sformatowania dysku, wgrania nowych programów, a nie krytyki i uczepienia się, że o kościoła nie chodzę. Reset i reinstalacje systemu uczuciowo/rozsądkowego mogę sobie zapewnić sama, jak dojrzeję.
Po głowie chodzi mi piosenka nosowskiej na ucho.
I bardzo bym chciała spotkać kogoś teraz, już, zaraz kto ocali mnie przed samą sobą.

204.

Brak komentarzy

Pragnęła zrobić coś takiego od czego nie miałaby odwrotu. [...]. Był to
zawrót głowy. Oszałamiające, nie do opanowania pragnienie upadku.
Moglibyśmy
nazwać zawrót głowy słabością. Człowiek uświadamia sobie swoją słabość
i nie chce się przed nią bronić; pragnie jej się poddać. Jest pijany
słabością, chce być jeszcze słabszy, chce upać na środku palcu, na
oczach wszystkich, chce być na dnie, jeszcze niżej niż na dnie.

Milan Kundera – Nieznośna lekkośc bytu

Przeceniłam siłę swojej obojętności, skorupy, którą wytworzyłam. wystawiłam na próbę siebie i przegrałam. W sumie wcale mnie nei dziwi rozwój wypadków. W niepoukładaniu ostatnich miesięcy, w niezadowoleniu na kazdym polu, w tworzeniu głupich filozofii był jakiś oszalały pęd ku upadkowi. Zawrót głowy. To wszystko musiało się skończyć jednym wielkim bum. Nie na darmo zaczęlam czytac raz jeszcze Kunderę.
W głowie od rana mam jedno zdanie: nihilizm jest do dupy. Jeśli jeszcze kiedykolwiek wpadnę na pomysł, że miłość jest mi niepotrzebna, ze nie brakuje mi jej, tylko sexu i niczego więcej to będzie oznaczało, że dostałam nagłego ataku sklerozy.
Od rana próbuje dojść z sobą o ładu. Nie sądziłam, że jestem tak poukładana gdzies tam pod spodem, gdzieś w jakimś zakamarku psychiki, który w natłoku zdarzen został stracony z pola widzenia. Sex bez miłości jest obrzydliwy. Jest mechaniczny. Dopiero to wszytsko uświadomiło mi jedną rzecz – mówiąc sex, myślałam czułość. Pomyliłam pojęcia i musiałam mocno się oparzyć, zeby je nazwać od nowa.
Ile jeszcze głupot narobię nim wreszcie ułożę sobie życie? A. mówi: bo wiesz, każdy ma listę głupot, taką listę, z której skresla powoli pozycje i jak lista jest pusta, mozemy się poczuć spełnieni. spełnieni w swojej głupocie i wtedy spokojnie zaczynasz żyć.
Jestem absolutnie spełniona w swojej głupocie – coś mi mówi, że lista jest pusta.
Coś mi mówi również, że wcale nie podoba mi się to nowe nazewnictwo, ten powrót do istoty rzeczy, czuję się bezbronna, utopie są potrzebne, sa zbroją, a ja ją straciłam. teraz został mi juz tylko pracoholizm.

- Nie uznajesz żadnych wartości, całe twoje życie to nihilizm, cynizm, sarkazm i orgazm.
- We Francji mógłbyś zrobić z tego hasło wyborcze i wygrać.

W. Allen

Że też akurat dziś trafiłam na to zdanie – ot ironia losu. Człowiek bezbronny zaczyna szukać, potrzeba mu jakiegoś absolutu. Zaczyna odczuwać potrzeby, o których już zapomniał – poczułam dziś przemożną chęc by pójść do spowiedzi. znaleźć jakiegos mnicha, zakonnika usiąść gdzieś i wszystko mu opowiedzieć. A może jutrzejsze spotkanie z A. wystarczy. Zapragnęłam dziś by mieć męża, dziecko, człapac co niedzielę do kościólka, gotować obiadki PRZY OKAZJI spełniac się zawodowo. PRZY OKAZJI, a nie ZAMIAST. W dupie mam już tę wolność, tę lekkość bytu. Nie chcę jej. Marzy mi się proza życia. Naprawdę zafundowałam sobie tej nocy terapię wstrząsową. No ale przecież to jak najbardziej w moim stylu. Nic tu dziwnego nie ma.

Z ironicznych zdań dziś odnalezionych:

Uciekaj, skoro świt, bo potem będzie wstyd
I nie wybaczy nikt chłodu ust, braku słów.
Uciekaj, skoro świt, bo potem będzie wstyd
I nie wybaczy nikt chłodu ust Twych

Czas spać. Czas zakopać się w pościeli i przespać to wszystko.

———–
Edit:
Na szczęście są rzeczy niezmienne – czyli uspokajający wpływ grzanek o 2 w nocy.


  • RSS